Ciekawostki · 25 maja 2026

Projektowanie żywności uzależniającej

Kiedy jedzenie jest projektowane tak, abyś nie umiał przestać jeść

Kiedyś mówiło się ludziom: „masz słabą wolę”. Dzisiaj coraz częściej trzeba powiedzieć coś znacznie mniej wygodnego: ktoś bardzo długo pracował nad tym, żeby ta „słaba wola” przegrała. Nie z brokułem. Nie z jajkiem. Nie z jabłkiem. Tylko z produktem, który został zaprojektowany tak, żeby był szybki, tani, intensywny, chrupiący, słodki, słony, tłusty, miękki, kremowy, pachnący, łatwy do przełknięcia i dostępny dokładnie wtedy, kiedy jesteś zmęczony, zestresowany, niewyspany i masz już dość całego dnia.

Brzmi jak przypadek? No jasne. Tak samo jak „przypadkiem” papierosy przez dekady miały idealnie dobraną dawkę nikotyny, filtr, aromat, opakowanie, reklamę i cały rytuał używania.

Żywność ultraprzetworzona miała być tylko „wygodą”. Gotowe płatki, batoniki, słodkie napoje, chipsy, fast food, ciastka, słone przekąski, gotowe sosy, mrożone dania, kolorowe jogurty, „fit” batoniki, chrupiące płatki dla dzieci i produkty, które udają normalne jedzenie, dopóki nie przeczyta się składu. A potem człowiek słyszy: „po prostu jedz mniej”. Piękne hasło. Szkoda tylko, że część tych produktów projektuje się dokładnie po to, żeby „mniej” było bardzo trudne.

W artykule opublikowanym w The Milbank Quarterly autorzy pokazują, że żywność ultraprzetworzona powinna być oceniana nie tylko jak zwykłe jedzenie, ale również jak przemysłowo zaprojektowany system dostarczania bodźców nagradzających. Szybka przyjemność. Szybka dostępność. Łatwe przejadanie. Powtarzalne używanie. Autorzy porównują mechanizmy przemysłu żywności ultraprzetworzonej do strategii znanych z przemysłu tytoniowego: optymalizacja „dawki”, przyspieszanie dostarczania bodźca, manipulacja smakiem i teksturą, wszechobecność produktu oraz marketing, który potrafi udawać troskę o zdrowie.

W skrócie:
· produkt ma smakować tak, żeby trudno było skończyć na jednej porcji,
· ma być miękki albo chrupiący w idealnym miejscu,
· ma szybko znikać w ustach,
· ma dostarczać rafinowane węglowodany, tłuszcz i sól w kombinacji, którą mózg lubi wyjątkowo mocno,
· ma dawać dużo bodźca nagradzającego i mało sytości,
· ma mieć opakowanie, które krzyczy: „weź mnie teraz”,
· ma być dostępny wszędzie: w sklepie, na stacji, w automacie, przy kasie, w aplikacji, w reklamie, w domu i w głowie.

I potem pacjent mówi: „nie wiem, dlaczego ciągle mnie ciągnie do słodyczy”. A ja mam ochotę odpowiedzieć: bo to nie jest tylko kwestia Twojej osobowości. To jest środowisko, które zostało zaprojektowane przez ludzi znających biologię nagrody lepiej niż przeciętny pacjent zna swój dzienniczek żywieniowy.

W jaki sposób żywność ultraprzetworzona wpływa na układ nagrody w mózgu?

Mózg lubi energię. To mechanizm przetrwania. Przez większość historii człowiek musiał się napracować, żeby zdobyć jedzenie. Słodki smak oznaczał energię. Tłuszcz oznaczał kaloryczność. Sól oznaczała coś biologicznie ważnego. Problem zaczął się wtedy, gdy przemysł nauczył się pakować te bodźce w formę, której natura nigdy nie serwowała w takich dawkach, takiej szybkości i takiej dostępności.

Cukier plus tłuszcz. Sól plus chrupkość. Aromat plus miękkość. Wysoka gęstość energetyczna plus niska sytość. Szybkie jedzenie plus szybka nagroda. I oczywiście etykieta: „pełnoziarniste”, „fit”, „proteinowe”, „bez dodatku cukru”, „dla dzieci”, „light”, „naturalny smak”, „źródło witamin”. Przemysł spożywczy naprawdę potrafi zrobić z batonika mały projekt psychologiczny.

Układ nagrody w mózgu powstał po to, żeby wzmacniać zachowania ważne dla przetrwania: jedzenie, przyjemność, ulgę, powtarzalność i zapamiętywanie bodźca. Produkty ultraprzetworzone potrafią ten układ podkręcić w sposób, który z jedzeniem w klasycznym sensie ma coraz mniej wspólnego. Bo trudno porównać jabłko z produktem, który ma kilkanaście składników, aromaty, emulgatory, rafinowane skrobie, syropy, izolaty, barwniki, wzmacniacze tekstury i tak dobraną strukturę, żeby człowiek jadł szybko, dużo i bez większego wysiłku.

Jabłko wymaga gryzienia. Chipsy wymagają tylko decyzji, żeby otworzyć paczkę. A potem decyzja dziwnie często przestaje być taka wolna.

Oficjalnie temat „uzależnienia od jedzenia” jest przedmiotem dyskusji. Praktycznie przemysł spożywczy wygląda tak, jakby nabrał wody w usta i liczył, że wszyscy dalej będą mówić wyłącznie o silnej woli. Bo bardzo wygodnie jest przerzucić odpowiedzialność na pacjenta. Pacjent ma problem. Pacjent nie umie się kontrolować. Pacjent nie ma dyscypliny. Pacjent zjadł całą paczkę. Pacjent ma iść na spacer, pić wodę, żuć wolniej, liczyć kalorie, kupić mniejszy talerz i nie marudzić.

A producent? Producent tylko „odpowiada na potrzeby konsumenta”. Jakie to piękne. Najpierw projektuje się produkt tak, żeby był możliwie najbardziej pożądany, łatwy do jedzenia, szybki, nagradzający i dostępny wszędzie, a potem z kamienną twarzą mówi się: „przecież nikt nikogo nie zmusza”. Technicznie prawda. Tylko że manipulacja środowiskiem nie musi wyglądać jak przymus. Czasem wystarczy idealna kombinacja smaku, ceny, reklamy, wygody, dostępności i emocji.

Bilans energetyczny ma znaczenie. Kalorie mają znaczenie. Porcje mają znaczenie. Ale człowiek nie jest kalkulatorem zębami. Człowiek jest organizmem z układem nagrody, stresem, zmęczeniem, snem, emocjami, hormonami, środowiskiem, mikrobiotą, nawykami, wspomnieniami i reklamą, która potrafi wejść do głowy szybciej niż edukacja żywieniowa.

Żywność ultraprzetworzona wygrywa nie tylko smakiem. Wygrywa kontekstem. Jest pod ręką. Jest tania. Jest szybka. Jest przewidywalna. Daje natychmiastową przyjemność. Nie wymaga gotowania. Nie wymaga planowania. Nie wymaga talerza. Nie wymaga nawet głodu. Wystarczy napięcie, nuda, zmęczenie albo wieczór. I nagle człowiek stoi w kuchni z opakowaniem w ręku i myśli: „miałem zjeść tylko trochę”.

Ciekawe, prawda? Jakoś mało osób mówi: „miałem zjeść tylko trochę gotowanej kaszy gryczanej i nie wiem, kiedy zjadłem cały garnek”. Za to przy chipsach, lodach, ciastkach, słodkich płatkach, batonach, fast foodzie i słonych przekąskach ta historia powtarza się codziennie u milionów ludzi. Ale jasne, udawajmy dalej, że to tylko charakter.

W literaturze naukowej coraz częściej pojawia się pojęcie uzależniającego potencjału żywności ultraprzetworzonej. Najbardziej problematyczne są zwykle produkty bogate w rafinowane węglowodany i tłuszcze, szybko dostarczające bodźców nagradzających, ubogie w błonnik, wodę i białko, czyli składniki ważne dla sytości. Zachowania przypominające uzależnienie częściej dotyczą pizzy, lodów, słodyczy, chipsów czy fast foodu niż owoców, warzyw, strączków albo normalnych posiłków.

I tu jest sedno. Problemem nie jest to, że ktoś raz zje batonika. Problemem jest środowisko, w którym batonik, słodki napój, chrupiąca przekąska i fast food są projektowane, promowane i ustawiane tak, żeby były codzienną normą. A potem dziwimy się, że rośnie otyłość, cukrzyca typu 2, stłuszczenie wątroby, insulinooporność, nadciśnienie, zaburzenia lipidowe i jedzenie emocjonalne. Naprawdę dziwne. Jakby ktoś przez dekady podkręcał dostępność produktów, które łatwo przejadać, słabo sycą i silnie nagradzają, a potem nagle społeczeństwo zaczęło mieć problem z masą ciała i metabolizmem. Kto mógł to przewidzieć? Prawie każdy, kto nie pracuje w dziale marketingu.

Najbardziej perfidne jest to, że wiele produktów ultraprzetworzonych nie wygląda już jak klasyczne „śmieciowe jedzenie”. Dzisiaj wszystko może być „fit”. Baton proteinowy, który smakuje jak deser i ma skład dłuższy niż niejedna praca zaliczeniowa. Napój „zero”. Przekąska „bez cukru”. Ciastko „pełnoziarniste”. Gotowiec „wysokobiałkowy”. Przemysł nazywa to innowacją. Ja czasem mam wrażenie, że to po prostu elegancko zapakowana dezorientacja.

Bo „mniej cukru” nie zawsze oznacza produkt korzystny metabolicznie. „Wysokobiałkowy” nie zawsze oznacza dobry dla sytości i zdrowia. „Fit” na opakowaniu nie znaczy, że mózg i jelita dostają realne jedzenie. „Naturalny aromat” nie sprawia, że produkt przestaje być przemysłową konstrukcją. A „bez dodatku cukru” nie robi z produktu narzędzia do leczenia insulinooporności.

W pracy The Milbank Quarterly autorzy opisują też zjawisko zwodniczej reformulacji. Produkt zmienia etykietę, hasło, jeden składnik, usuwa tłuszcz albo cukier, dodaje białko albo witaminy, ale nadal pozostaje produktem zaprojektowanym pod wysoką smakowitość, szybkie jedzenie i powtarzalny zakup. To przypomina stare strategie przemysłu tytoniowego: „light”, „mild”, „filtered”, czyli zdrowszy wizerunek bez realnego rozwiązania problemu.

I właśnie dlatego temat „uzależnienia od jedzenia” jest taki niewygodny.

Gdybyśmy potraktowali go poważnie, trzeba byłoby przestać udawać, że wszystko zależy od indywidualnej dyscypliny.
Trzeba byłoby zapytać:
· dlaczego takie produkty są reklamowane dzieciom?
· dlaczego są przy kasach?
· dlaczego są tańsze i bardziej dostępne niż wiele produktów podstawowych?
· dlaczego opakowania mają udawać zdrowie?
· dlaczego szkoły, automaty, stacje benzynowe i aplikacje są pełne produktów, które projektuje się pod powtarzalne jedzenie?
· dlaczego producent może dopracować każdy detal smaku, zapachu i tekstury, a pacjent ma potem słyszeć, że „brakuje mu silnej woli”?

Oczywiście nie każdy produkt przetworzony jest taki sam. Chleb, jogurt, tofu, mrożonki, konserwy, passata, odżywka białkowa, produkt wzbogacany czy żywność technologicznie przetworzona nie muszą automatycznie oznaczać problemu. Wrzucanie wszystkiego do jednego worka byłoby równie mądre, jak mówienie, że każdy węglowodan działa jak cukier z coli. Czyli mało mądre.

Problemem są przede wszystkim produkty, które łączą wysoką gęstość energetyczną, rafinowane węglowodany, tłuszcz, sól, intensywne aromaty, łatwą konsumpcję, niską sytość i marketing udający troskę o zdrowie. Czyli dokładnie te produkty, które najczęściej „same się kończą”.

Psychodietetycznie to ma ogromne znaczenie. Pacjent, który przez lata słyszy: „masz słabą wolę”, często zaczyna wierzyć, że problemem jest on sam. A potem okazuje się, że ten pacjent żyje w środowisku, które codziennie robi wszystko, żeby osłabić jego kontrolę. Dlatego w pracy z jedzeniem nie wystarczy powiedzieć: „nie kupuj słodyczy”. Trzeba zrozumieć, kiedy pacjent po nie sięga: w jakim stanie emocjonalnym, po jakim dniu, po ilu godzinach bez jedzenia, po jakiej nocy, po jakim konflikcie, po jakim poziomie zmęczenia i w jakim środowisku.

Jeżeli ultraprzetworzona żywność jest zawsze pod ręką, pacjent nie ćwiczy silnej woli raz dziennie. On ją ćwiczy kilkadziesiąt razy dziennie. A żadna silna wola nie jest z betonu. Dlatego jednym z najważniejszych narzędzi nie jest heroiczna walka z samym sobą, tylko zmiana domyślnego środowiska.

Co realnie pomaga?
· mniej produktów „spustowych” w domu,
· więcej normalnych posiłków,
· białko w posiłkach,
· błonnik i produkty wymagające gryzienia,
· regularność jedzenia,
· sen i regeneracja,
· plan na zakupy,
· plan na wieczór,
· plan na stres,
· plan na sytuację: „chce mi się czegoś, ale nie wiem czego”.

Bo przemysł spożywczy ma plan. Ma budżet. Ma laboratoria. Ma marketing. Ma półki sklepowe. Ma aplikacje. Ma reklamy. Ma badania konsumenckie. Ma dzieci jako przyszłych klientów. Pacjent też powinien mieć plan. Inaczej wchodzi do walki z procą przeciwko fabryce rakiet.

Najważniejszy wniosek?

Żywność ultraprzetworzona nie musi być zakazana, żeby była problemem. Wystarczy, że jest zaprojektowana tak, aby była łatwa do przejadania, trudna do odstawienia, tania, wszechobecna i sprzedawana jako normalny element codzienności. A potem jeszcze mówi się pacjentowi, że powinien „bardziej się postarać”. Piękna konstrukcja. Najpierw tworzymy środowisko, które sprzyja jedzeniu ponad potrzeby. Potem sprzedajemy produkty, które podkręcają apetyt i nagrodę. Potem reklamujemy je jako radość, relaks, nagrodę, miłość, dzieciństwo i wygodę. Potem dziwimy się, że ludzie chorują. A na końcu winimy pacjenta.

Puenta?

Jeżeli jedzenie jest projektowane tak, abyś chciał jeść dalej, to problem zaczyna się nie tylko w Twojej głowie. Zaczyna się także w laboratorium smaku, dziale marketingu i arkuszu sprzedażowym. I może właśnie dlatego przemysł spożywczy tak bardzo lubi, gdy całą winę wrzuca się na „brak silnej woli”. Bo wtedy nikt nie patrzy tam, gdzie trzeba. Na projekt produktu. Na marketing. Na dostępność. Na zysk. I na choroby, które później bardzo wygodnie nazywa się „efektem złych wyborów”.

Jarosław Juć
Dietetyk kliniczny, psychodietetyk, dietetyk pediatryczny
Poradnia Dietetyczna – Dietetyk Jarosław Juć

Źródła / bibliografia:
1. Gearhardt A. N., Brownell K. D., Brandt A. M. From Tobacco to Ultraprocessed Food: How Industry Engineering Fuels the Epidemic of Preventable Disease. The Milbank Quarterly. 2026;104(1):76-115.
2. Medscape Medical News. When Food Is Engineered to Be Addictive. 2026.
3. Milbank Memorial Fund. From Tobacco to Ultraprocessed Food: How Industry Engineering Fuels the Epidemic of Preventable Disease. 2026.
4. The Guardian. Ultra-processed foods should be treated more like cigarettes than food – study. 2026.
5. National Geographic. Are Ultra-Processed Foods as Addictive as Cigarettes?