Przejadanie się to nie zawsze „jedzenie dla przyjemności”. Czasem to organizm mści się za dietetyczny reżim.

Wiele osób uważa, że walka z nadwagą wynika przede wszystkim z głodu hedonistycznego, czyli chęci jedzenia dla przyjemności mimo braku fizycznego głodu. Ktoś zjadł obiad, ale chce deser. Ktoś czuje zapach świeżej drożdżówki i nagle „musi” ją kupić. Ktoś jest najedzony, ale dalej je, bo jedzenie daje przyjemność. I oczywiście taki mechanizm istnieje. Układ nagrody, dopamina, smakowitość, zapach, tekstura, słodycz, tłuszcz, chrupkość – to wszystko potrafi działać jak dobrze zaprojektowana reklama w mózgu.
Wielu pacjentów, którzy się przejadają, nie zaczyna od chęci „dogadzania sobie”. Oni często zaczynają od próby bycia idealnymi. Od postanowienia: „od jutra jem zdrowo”. Od zakazu słodyczy. Od wyrzucenia pieczywa. Od niejedzenia kolacji. Od postu. Od produktów „fit”. Od wafli ryżowych, które smakują jak opłatek z kartonu i mają w sobie tyle satysfakcji, co zimna herbata wypita na stojąco.
I wtedy pojawia się paradoks, który wielu ludzi zna aż za dobrze: im bardziej próbują się kontrolować, tym bardziej jedzenie zaczyna kontrolować ich.
Bo restrykcja nie jest neutralna.
Jeśli człowiek przez długi czas niedojada, wyklucza całe grupy produktów, je zbyt mało, traktuje jedzenie jak egzamin moralny i funkcjonuje w trybie „wolno – nie wolno”, organizm zaczyna reagować. Biologia nie czyta motywacyjnych cytatów z internetu. Biologia pilnuje przetrwania.
W klasycznym eksperymencie głodowym z Minnesoty pokazano coś, co do dziś powinno być obowiązkową lekturą dla wszystkich fanów agresywnych diet: restrykcyjne odżywianie może prowadzić do obsesyjnego myślenia o jedzeniu, epizodów przejadania się, izolacji społecznej, napięcia, pogorszenia nastroju, problemów z obrazem ciała, konfliktów wokół jedzenia i objawów fizycznych. Czyli dokładnie do rzeczy, które potem ktoś z boku komentuje jednym zdaniem: „brakuje ci silnej woli”.
Najpierw człowiek ogranicza jedzenie tak mocno, że mózg zaczyna traktować jedzenie jak najważniejszy temat dnia, a potem dziwi się, że wieczorem ciało robi bunt.
To nie zawsze jest hedonizm. Czasem to reakcja na deprywację.
I tu zaczyna się błędne koło:
· pacjent chce schudnąć,
· wprowadza sztywną dietę,
· ogranicza jedzenie, przyjemność i elastyczność,
· rośnie napięcie, głód i koncentracja na jedzeniu,
· pojawia się epizod przejadania,
· pacjent interpretuje to jako porażkę,
· zaostrza dietę jeszcze bardziej,
· organizm ponownie doprowadza do przejadania.
To, co wygląda jak „brak kontroli”, może być przewidywalnym efektem zbyt dużej kontroli.
I tutaj wielu osobom pęka światopogląd, bo łatwiej powiedzieć: „on je, bo lubi” niż zapytać: „co takiego dzieje się w jego głowie, ciele i środowisku, że jedzenie stało się jedynym wentylem bezpieczeństwa?”.
Przejadanie się może wynikać z przyjemności, ale bardzo często wynika też z lęku przed jedzeniem, z presji bycia szczupłym, ze wstydu, z ciągłego zaczynania od nowa, z myśli „już zepsułem, więc dokończę i jutro zacznę idealnie”. To słynne „ostatnie hura” przed kolejną dietą. Ostatnia pizza. Ostatnie ciastka. Ostatni baton. Ostatni wieczór wolności przed poniedziałkiem.
Organizm oczywiście słucha tego jak zaproszenia na imprezę.
A potem przychodzi poniedziałek, dieta, napięcie, głód i za kilka dni powtórka z rozrywki.
To jest szczególnie ważne u osób, które od lat doświadczają stygmatyzacji masy ciała. Nasze społeczeństwo bardzo lubi udawać, że każdemu daje równe warunki, ale wystarczy większe ciało w samolocie, w autobusie, w gabinecie, na siłowni, na krześle, na basenie albo w komentarzach internetowych, żeby zobaczyć, jak szybko „troska o zdrowie” zamienia się w pogardę.
Wtedy redukcja masy ciała przestaje być tylko celem zdrowotnym. Staje się próbą samoobrony. Próbą uzyskania akceptacji. Próbą zniknięcia z pola oceny. Próbą dopasowania się do świata, który często nie ma cierpliwości dla większych ciał.
I tu pojawia się kolejna pułapka: „bezpieczne” jedzenie.
Produkty dietetyczne. Niskokaloryczne. Suche. Nudne. Takie, które mają dawać poczucie kontroli, ale nie dają ani sytości, ani satysfakcji. Pacjent je dużo „dozwolonych” produktów, a psychicznie dalej jest głodny. Nagroda nie przychodzi. Smak nie domyka potrzeby. Ciało dostało coś do przeżucia, ale głowa nadal czeka na jedzenie, które naprawdę coś znaczy.
I wtedy dopamina wcale nie musi być „neuroprzekaźnikiem przyjemności”, jak się ją często upraszcza. Bardziej chodzi o oczekiwanie nagrody, przewidywanie, napięcie, rozczarowanie i próbę domknięcia tego, czego organizm i psychika nie dostały. Jeśli jedzenie miało dać ulgę, sytość, smak, spokój albo poczucie „wreszcie coś dla mnie”, a dostało się wafla ryżowego z poczuciem kary, to naprawdę trudno się dziwić, że system nagrody nie bije brawo.
Znasz ten mechanizm „ostatniego hura” przed kolejną dietą? Jakie masz doświadczenia ze sztywnymi restrykcjami? Daj znać w komentarzu. ![]()
Jarosław Juć
Dietetyk kliniczny, psychodietetyk, dietetyk pediatryczny
Poradnia Dietetyczna – Dietetyk Jarosław Juć
Źródła / bibliografia:
1. Medscape. Beyond Hedonic Hunger: What Drives Overeating? 2026.
2. Keys A. i wsp. The Biology of Human Starvation. University of Minnesota Press. 1950.
3. Polivy J., Herman C. P. Dieting and binging: a causal analysis. American Psychologist. 1985.
4. Puhl R. M., Heuer C. A. Obesity stigma: important considerations for public health. American Journal of Public Health. 2010.
5. Publikacje dotyczące głodu hedonistycznego, restrykcji żywieniowych, stygmatyzacji masy ciała i napadów objadania się.


