Obalamy mity · 18 grudnia 2025

Czy warto stosować suplementy dla zwierząt? cała prawda o „końskich dawkach” i porada dla osób, które je spożywają!

W ostatnich miesiącach obserwuję zjawisko, które w social media urosło do rangi „lifehacku”: ludzie kupują preparaty weterynaryjne i paszowe (dla koni, psów, bydła, ryb, a nawet gołębi), a potem połykają je jak suplementy dla ludzi. Argumenty powtarzają się jak mantry: „taniej”, „czyściej”, „lepiej przebadane”, „przecież nikt nie zaryzykuje zdrowia konia za kilka milionów”, „to ten sam skład, tylko marketing dla ludzi jest drogi”.

Czy warto stosować suplementy dla zwierząt?

Jeśli należysz do tej grupy, to czytasz właśnie tekst, który cię wkurzy. I dobrze. Bo to, co nazywasz sprytem, w praktyce jest rosyjską ruletką: z dawką, jakością surowca, zanieczyszczeniami, a czasem nawet z własną wątrobą i układem nerwowym.

I zanim napiszesz w komentarzu: „znam osoby, które biorą i żyją” – spokojnie. Wiem. To właśnie jest mechanizm, na którym to zjawisko żeruje.

najpierw uporządkujmy pojęcia, bo tu jest źródło całej manipulacji

W internecie wrzuca się wszystko do jednego worka: „suplement”. A to są różne światy prawne i jakościowe:

– suplement diety dla ludzi: produkt żywnościowy, podlega prawu żywnościowemu i limitom zanieczyszczeń dla żywności (w UE m.in. regulacje dot. maksymalnych poziomów określonych zanieczyszczeń w żywności).

– lek (OTC/Rx) dla ludzi: inna liga wymagań jakościowych i kontroli wytwarzania (gmp, specyfikacje substancji, stabilność, biodostępność, odpowiedzialność producenta).

– produkt leczniczy weterynaryjny: projektowany i rejestrowany dla zwierząt (inne masy ciała, inne gatunki, inne ryzyka i inne wskazania).

– materiał paszowy / mieszanka paszowa / premiks mineralno-witaminowy: żywienie zwierząt, inne kategorie limitów, inne założenia co do „tła” narażeń środowiskowych i innych zanieczyszczeń.

Jeśli w twojej głowie „witamina d to witamina d”, to właśnie na tej uproszczonej myśli wygrywa cały handel „końską czystością”.

„nie jesteś koniem” to nie mem. to fizjologia i farmakokinetyka

Największy błąd wyznawców paszowej suplementacji jest jeden: traktujesz organizm jak worek, do którego wrzuca się substancję i „musi zadziałać”.

Nie. Działanie zależy od:

– gatunku i masy ciała

– pH żołądka i składu żółci

– tempa pasażu jelitowego

– mikrobioty i fermentacji (u koni i przeżuwaczy to nie dodatek, to kluczowy element trawienia)

– formy chemicznej i nośnika (olej, premiks, granulat, proszek, bolus)

– dawki w przeliczeniu na kilogram masy ciała, a nie „na oko”

Przykład, który każdy rozumie: „końska dawka” nie jest metaforą. Jest dosłowna. To dawka zaprojektowana dla zwierzęcia ważącego często kilkaset kilogramów, z inną dietą bazową i innym tłem metabolicznym. To, że na opakowaniu widzisz „dużo”, nie oznacza, że to „mocniejsze”. Często oznacza tylko tyle, że produkt ma działać w warunkach żywienia zwierzęcia, a nie człowieka.

I tak – te same witaminy (np. witamina d) wchodzą w podobne szlaki biochemiczne (wątroba: 25-hydroksylacja; nerki: aktywacja do formy hormonalnej), ale to wcale nie znaczy, że:

– dawka jest „w sam raz”

– forma i nośnik są bezpieczne dla człowieka

– zanieczyszczenia są w limitach dla żywności i suplementów ludzkich

– producent ponosi odpowiedzialność za skutki u człowieka

mit nr 1: „dla koni jest czyściej, bo koń jest drogi”

To jest argument emocjonalny, nie merytoryczny. Opiera się na fantazji o koniu-arabie za miliony, karmionym jak w laboratorium.

A rzeczywistość jest nudna:

– większość rynku pasz to masówka: konie rekreacyjne, konie robocze, bydło, trzoda, drób, zwierzęta domowe

– „jakość dla koni wyścigowych” nie jest standardem całej branży paszowej

– nawet jeśli koń jest drogi, to nie zmienia faktu, że produkt jest formalnie przeznaczony do żywienia zwierząt, a nie do spożycia przez ludzi

Jeśli chcesz oprzeć swoje zdrowie na micie o luksusowym koniu, to przynajmniej miej odwagę nazwać to wprost: wybierasz anegdotę zamiast systemu kontroli jakości przeznaczonego dla ludzi.

mit nr 2: „suplementy dla zwierząt są lepiej przebadane niż dla ludzi”

To jest zdanie, które brzmi „antysystemowo”, więc świetnie się sprzedaje. I jest intelektualnie leniwe.

W UE istnieją konkretne, policzalne różnice w dopuszczalnych poziomach zanieczyszczeń (np. metali ciężkich) w zależności od kategorii produktu.

Dla suplementów diety dla ludzi w UE wprowadzono maksymalne poziomy m.in. dla:

– ołowiu: 3,0 mg/kg

– kadmu: 1,0 mg/kg (z wyjątkami dla niektórych produktów jak algi)

Dla produktów przeznaczonych na paszę (dyrektywa o substancjach niepożądanych w paszach) maksima są inne i zależą od kategorii paszy, ale przykładowo:

– ołów: dla wielu materiałów paszowych 10 mg/kg, z wyjątkami sięgającymi 15-30 mg/kg w zależności od typu materiału (np. fosforany, zielonki)

– kadm: 1-2 mg/kg dla wielu materiałów, a dla fosforanów nawet 10 mg/kg

To nie jest „durne prawo”. To prawo, które rozdziela dwa światy:

– świat żywienia zwierząt (z innym tłem środowiskowym i innymi założeniami narażeń)

– świat produktów przeznaczonych do spożycia przez ludzi

mit nr 3: „to ten sam skład, tylko taniej”

To jest półprawda, a półprawda jest najgroźniejsza, bo brzmi jak prawda.

Tak, czasem substancja aktywna na etykiecie ma tę samą nazwę: witamina d, magnez, witamina k2 mk7, kolagen, kwasy omega-3.

Ale „nazwa” nie jest tym samym co:

– specyfikacja jakościowa surowca (zanieczyszczenia, rozpuszczalniki, stabilność, utlenianie, produkty degradacji)

– kontrola serii pod kątem parametrów istotnych dla człowieka

– walidacja procesu i powtarzalność (szczególnie przy substancjach wrażliwych na światło, tlen i temperaturę, jak omega-3)

– odpowiedzialność producenta za użycie u człowieka

Tu pojawia się hasło, które lubicie: „pharma grade” vs „feed grade”. I ja to hasło rozumiem, ale doprecyzuję: te określenia bywają marketingowe. Sens jest gdzie indziej: chodzi o to, do jakiego reżimu jakościowego produkt jest projektowany i pod jaką kategorię prawną podpada.

Jeśli łykasz paszę/premiks, to robisz eksperyment na sobie produktem, który nie musi być projektowany pod twoje ryzyka, twoje interakcje lekowe i twoje normy narażeń.

teraz najważniejsze: „końskie dawki” nie leczą twoich problemów. one maskują twoją bezradność

To jest moment, w którym część osób się oburzy, bo dotykam sedna.

W praktyce ludzie uciekają w weterynaryjne preparaty z trzech powodów:

1. chęć kontroli: „ja wiem lepiej niż system”

2. skrót poznawczy: „więcej = mocniej = szybciej”

3. emocje: lęk, złość, poczucie bycia oszukanym przez rynek, a potem kompensacja w postaci „tajnej wiedzy”

To jest psychodietetyka w czystej postaci: decyzja nie wynika z danych, tylko z regulacji emocji i tożsamości. Preparat dla konia staje się symbolem: „nie dam się naciągać”.

Tylko że organizm ma w nosie twoją tożsamość rebelanta. Organizm rozlicza cię z biochemii, nie z narracji.

witamina d: to nie cukierek. to prohormon, który potrafi zrobić krzywdę

Witamina d nie jest „niewinnym suplementem na odporność”. To element gospodarki wapniowo-fosforanowej i układu hormonalnego.

Jeśli przesadzisz:

– rośnie ryzyko hiperkalcemii

– pojawiają się objawy ze strony przewodu pokarmowego, układu nerwowego i nerek

– zwiększa się ryzyko odkładania wapnia w tkankach u osób podatnych

I teraz klucz: jeżeli dawka jest konstruowana pod zwierzę o innej masie i innym modelu żywienia, to „przeliczanie na oko” jest proszeniem się o kłopoty.

magnez: forma, tolerancja jelitowa i wchłanianie, a nie „byle tanio”

Magnez to klasyk. Ludzie kupują tlenki i mieszanki „dla zwierząt”, bo „jest dużo i tanio”, a potem:

– mają biegunki i wzdęcia

– dokładają kolejne rzeczy „na jelita”

– wpadają w spiralę: „u mnie nic się nie wchłania, muszę brać więcej”

To jest dokładnie ten moment, w którym zamiast rozwiązać problem (forma, dawka, tolerancja, dieta, leki), wchodzisz w eskalację dawek.

witamina k2 mk7: jeśli bierzesz leki przeciwkrzepliwe, to grasz w rosyjską ruletkę podwójnie

Witamina k uczestniczy w metabolizmie czynników krzepnięcia. To nie jest „suplement na kości” oderwany od reszty fizjologii. Jeśli ktoś jest na leczeniu przeciwkrzepliwym, samowolka z witaminą k (a zwłaszcza w dużych dawkach, bez kontroli) może być realnie niebezpieczna. I znowu: jeśli produkt jest dla zwierząt, producent nie projektował go pod twoje interakcje lekowe.

kolagen: tu jest największy paradoks

Kolagen to białko. Będzie pocięty w przewodzie pokarmowym na peptydy i aminokwasy. „Koński kolagen” nie ma magicznej przewagi dlatego, że jest koński.

Jeśli więc ktoś mówi: „biorę weterynaryjny, bo jest mocniejszy” – to ja pytam: mocniejszy w czym, skoro finalnie i tak ma trafić do puli aminokwasów?

W przypadku kolagenu ryzyko zwykle nie dotyczy „przedawkowania”, tylko jakości: zanieczyszczenia, utlenianie, kontrola mikrobiologiczna, deklarowana zawartość vs rzeczywista.

co bym zrobił, gdybym naprawdę chciał podejść do tematu mądrze

Nie będę tu robił listy „kup to i to”, bo to nie o to chodzi. Chodzi o logikę:

– jeśli chcesz poprawić witaminę d: najpierw sprawdzasz poziom 25-hydroksywitaminy d, wapń, magnez, parathormon i profil nerkowy. Następnie dobierasz dawkę do celu i realnej odpowiedzi organizmu, a nie do fantazji o „końskiej mocy”

– jeśli chcesz poprawić magnez: patrzysz na tolerancję jelitową, formę, dietę i czynniki pogarszające wchłanianie

– jeśli bierzesz leki: sprawdzasz interakcje (szczególnie przy witaminie k i lekach przeciwkrzepliwych)

– jeśli chcesz oszczędzić: w wielu przypadkach lepiej wybrać prosty, legalny produkt dla ludzi o znanym standardzie niż „tani cud” dla zwierząt z nieporównywalnym reżimem odpowiedzialności

To jest nuda. I właśnie dlatego ludzie jej nie wybierają.

podsumowanie: możesz się obrazić, ale nie możesz zmienić biologii i prawa

Jeżeli jesz i pijesz jak człowiek, to suplementuj jak człowiek.

Preparaty dla zwierząt i pasze nie są projektowane pod twoje ryzyka, twoje interakcje i twoje normy. A „końskie dawki” nie są dowodem przewagi – są dowodem, że ktoś próbuje przykryć brak diagnostyki i brak cierpliwości liczbą na etykiecie.

Jarosław Juć – dietetyk kliniczny, psychodietetyk, dietetyk pediatryczny